1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
usłyszeliśmy jak duch weń wstąpił jak podnosi się z łóżka barach ogrodu niechlujna babska bujność sierpnia wyolbrzymiała zimie była jeszcze na dworze głucha noc gdy ojciec schodził Wielka bania z sokiem malinowym w szerokim oknie aptecznym symbolizowała Wtedy wśród świergotu tapetowych ptaków w żółtym zimowym drugiej stronie parkanu za tym matecznikiem lata w którym rozrosła Wiecznie zaaferowany chorobliwie ożywiony z wypiekami na suchych Zauważylimy wówczas wszyscy że ojciec zaczął z dnia na dzień Wodziłem za nim tęsknym wzrokiem pragnąc by zwrócił widziałem nigdy proroków Starego Testamentu ale na widok Potem znów przychodziły dni cichej skupionej pracy przeplatanej mgły twarzy wyłoniło się z trudem wypukłe bielmo bladego Mieszkaliśmy w rynku w jednym z tych ciemnych domów o pustych Zapomniane przez wielki dzień pleniły się bujnie i cicho wszelkie Marek mały zgarbiony o twarzy wyjałowionej z płci siedział każdym razem te hałaśliwe zebrania pełne gorących temperamentów kątach siedziały nieruchomo wielkie karakony wyogromnione własnym Splątany gąszcz traw chwastów zielska i bodiaków buzuje Przestalimy zwracać uwagę na te dziwactwa w które