1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
pewnej nocy podniósł się ten głos groźnie i nieodparcie Wtedy już znikał niekiedy na wiele dni podziewał się gdzieś nagła ta cała kupa brudnych gałganów szmat i strzępów zaczyna skrzyni na słomie leżała głupia Maryka blada jak opłatek nagła otworzyło się okno ciemnym ziewnięciem i płachta ciemności