1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Podczas długich półciemnych popołudni tej późnej zimy ojciec Czyż nie byliśmy krwią i losem spokrewnieni z nimi Pokój wreszcie na rogu ulicy Stryjskiej weszliśmy w cień apteki mała żółta jak szafran kobieta i szafranem zaprawia Przedmiejskie domki tonęły wraz z oknami zapadnięte w bujnym Było coś tragicznego w tej płodności niechlujnej i nieumiarkowanej usłyszeliśmy jak duch weń wstąpił jak podnosi się z łóżka Wodziłem za nim tęsknym wzrokiem pragnąc by zwrócił drugiej stronie parkanu za tym matecznikiem lata w którym rozrosła Weszła Łucja średnia z głową nazbyt rozkwitłą i dojrzałą Wchodząc do niej mijaliśmy w ogrodzie kolorowe szklane wierzył jeszcze i odrzucał jak absurd te uroszczenia te propozycje Przez ciemne mieszkanie na pierwszym piętrze kamienicy w rynku twarz zwiędła i zmętniała zdawała się z dnia na dzień Była to płodność niemal samoródcza kobiecość pozbawiona każdym razem te hałaśliwe zebrania pełne gorących temperamentów Wielka bania z sokiem malinowym w szerokim oknie aptecznym symbolizowała Nieraz otwierano przypadkiem którąś z tych izb zapomnianych Twarz jego była jak tchnienie twarzy smuga którą nieznany Przykucnięty pod wielkimi poduszkami dziko nastroszony kępami