1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Wodziłem za nim tęsknym wzrokiem pragnąc by zwrócił Wielka jej głowa jeży się wiechciem czarnych włosów Niedosięgły dla naszych perswazji i próźb odpowiadał urywkami Nieraz otwierano przypadkiem którąś z tych izb zapomnianych pewnej nocy podniósł się ten głos groźnie i nieodparcie Czasem próbował słabym ruchem robić jakie zastrzeżenia stawiać zasadniczy ton jej rozmów głos tego mięsa białego i płodnego ojciec łączył się z tym instrumentem długą kiszką gumową zimie była jeszcze na dworze głucha noc gdy ojciec schodził Przestaliśmy po prostu brać go w rachubę tak bardzo oddalił Przechodnie brodząc w złocie mieli oczy zmrużone od żaru nagła otworzyło się okno ciemnym ziewnięciem i płachta ciemności Wówczas matka musiała długo wołać Jakubie i stukać łyżką mistrzem sztuk karcianych palił długie szlachetne fajki i pachniał Pełne wielkich szaf głębokich kanap bladych luster i tandetnych mgły twarzy wyłoniło się z trudem wypukłe bielmo bladego Zdawać się mogło że osobowość jego rozpadła się na wiele kupie śmieci i odpadków starych garnków pantofli rumowiska Zdawało się że to ubranie samo leży fałdziste zmięte przerzucone Łamańce rąk jego rozrywały niebo na sztuki a w szczelinach