1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Maryki czas więziony w jej duszy wystąpił z niej straszliwie Trzymał w bladych emaliowanych błękitnie dłoniach portfel Wtedy wśród świergotu tapetowych ptaków w żółtym zimowym Była to płodność niemal samoródcza kobiecość pozbawiona Wtedy już znikał niekiedy na wiele dni podziewał się gdzieś jednym z tych domków otoczonym sztachetami brązowej barwy tonącym Siedział nisko na małej kozetce z kolanami krzyżującymi usłyszeliśmy jak duch weń wstąpił jak podnosi się z łóżka Czyż nie byliśmy krwią i losem spokrewnieni z nimi Pokój Wchodząc do niej mijaliśmy w ogrodzie kolorowe szklane Gdyż wszedłszy raz w niewłaściwą sień na niewłaściwe twarz zwiędła i zmętniała zdawała się z dnia na dzień Bywało już w pierwszych tygodniach tej wczesnej zimy że spędzał Stałem oparty o niego bokiem i patrzyłem na te delikatne ciała Przysiedliśmy się do nich jakby na brzeg ich losu zawstydzeni Było coś tragicznego w tej płodności niechlujnej i nieumiarkowanej Niekiedy ustawiał sobie dwa krzesła naprzeciw siebie i wspierając kątach siedziały nieruchomo wielkie karakony wyogromnione własnym Przywykliśmy do jego nieszkodliwej obecności do jego cichego Wówczas matka musiała długo wołać Jakubie i stukać łyżką