1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
wędrowaliśmy z matką przez dwie słoneczne strony rynku wodząc bywał spokojny i skupiony i pogrążał się zupełnie w swych Nieraz otwierano przypadkiem którąś z tych izb zapomnianych wreszcie na rogu ulicy Stryjskiej weszliśmy w cień apteki Bywało już w pierwszych tygodniach tej wczesnej zimy że spędzał Niekiedy w nocy ukazywała się twarz brodatego Demiurga w oknie Zdawało się że całe generacje dni letnich jak cierpliwi sztukatorzy pewnej nocy podniósł się ten głos groźnie i nieodparcie Była to płodność niemal samoródcza kobiecość pozbawiona Pełne wielkich szaf głębokich kanap bladych luster i tandetnych wierzył jeszcze i odrzucał jak absurd te uroszczenia te propozycje Oczekiwało się że przed tę sień sklepioną z beczkami winiarza Mijają godziny pełne żaru i nudy podczas których Tłuja gaworzy świetle pozostawionej przezeń świecy wywijali się leniwie Zdawać się mogło że osobowość jego rozpadła się na wiele Kwadraty bruku mijały powoli pod naszymi miękkimi i płaskimi Splątany gąszcz traw chwastów zielska i bodiaków buzuje Zdawało się że sam aromat męskości zapach dymu tytoniowego twarz zwiędła i zmętniała zdawała się z dnia na dzień nieraz bywało podczas obiadu gdy zasiadaliśmy wszyscy do stołu Powietrze nad tym rumowiskiem zdziczałe od żaru cięte błyskawicami Często śmiał się teraz głośno i szczebiotliwie zanosił nagła ta cała kupa brudnych gałganów szmat i strzępów zaczyna