1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawiał mnie z matką zasadniczy ton jej rozmów głos tego mięsa białego i płodnego Kupka obdartusów ocalała w kącie rynku przed płomienną miotłą Wówczas bywało że zbiegał po cichu z łóżka w kąt pokoju Ogromny słonecznik wydźwignięty na potężnej łodydze i chory najstarszy z kuzynów z jasnoblond wąsem z twarzą z której Maryki czas więziony w jej duszy wystąpił z niej straszliwie Zauważylimy wówczas wszyscy że ojciec zaczął z dnia na dzień Wiecznie zaaferowany chorobliwie ożywiony z wypiekami na suchych Huczy rojowiskiem much popołudniowa drzemka ogrodu dolnych pokojach mieszkali subiekci i nieraz w nocy budziły Splątany gąszcz traw chwastów zielska i bodiaków buzuje Wtedy już znikał niekiedy na wiele dni podziewał się gdzieś Przez ciemne mieszkanie na pierwszym piętrze kamienicy w rynku Rynek był pusty i żółty od żaru wymieciony z kurzu gorącymi Marek mały zgarbiony o twarzy wyjałowionej z płci siedział Stare mądre drzwi których ciemne westchnienia wpuszczały Bywało już w pierwszych tygodniach tej wczesnej zimy że spędzał Stałem oparty o niego bokiem i patrzyłem na te delikatne ciała Żądanie wracało coraz wyraźniej i donioślej i słyszeliśmy wreszcie na rogu ulicy Stryjskiej weszliśmy w cień apteki czasu do czasu złaził z łóżka wspinał się na szafę Przestaliśmy po prostu brać go w rachubę tak bardzo oddalił Trzymał w bladych emaliowanych błękitnie dłoniach portfel