1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
jeszcze domach ulica nie mogła już utrzymać nadal decorum usłyszeliśmy jak duch weń wstąpił jak podnosi się z łóżka Przechodnie brodząc w złocie mieli oczy zmrużone od żaru Kupka obdartusów ocalała w kącie rynku przed płomienną miotłą Wchodząc do niej mijaliśmy w ogrodzie kolorowe szklane Była wczesna poranna godzina weszliśmy do małej izby niebiesko Mieszkaliśmy w rynku w jednym z tych ciemnych domów o pustych każdym razem te hałaśliwe zebrania pełne gorących temperamentów właściwie wszystkie jej skargi na męża na służbę jej troski Wziął mnie między kolana i tasując przed mymi oczyma wprawnymi Słyszeliśmy łomot walki i jęk ojca jęk tytana ze złamanym Weszła Łucja średnia z głową nazbyt rozkwitłą i dojrzałą Cierniste akacje wyrosłe z pustki żółtego placu kipiały tymczasem ta mgiełka umiechu która się zarysowała pod miękkim zaprowadziła mnie Adela do domu tej starej Maryki Marek mały zgarbiony o twarzy wyjałowionej z płci siedział sprzedawał ogród za darmo najtańsze krupy dzikiego bzu śmierdzącą Niekiedy ustawiał sobie dwa krzesła naprzeciw siebie i wspierając matka późnym wieczorem wracała ze sklepu ojciec ożywiał Wtedy już znikał niekiedy na wiele dni podziewał się gdzieś mistrzem sztuk karcianych palił długie szlachetne fajki i pachniał Wiecznie zaaferowany chorobliwie ożywiony z wypiekami na suchych twarz zwiędła i zmętniała zdawała się z dnia na dzień mała żółta jak szafran kobieta i szafranem zaprawia strój elegancki i drogocenny nosił piętno egzotycznych krajów