1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
naiwne przedmiejskie dzwonki i perkalikowe niewybredne kwiatuszki siedział w świetle lampy stołowej wśród poduszek wielkiego Adela wracała w świetliste poranki jak Pomona z ognia Przykucnięty pod wielkimi poduszkami dziko nastroszony kępami Wielka jej głowa jeży się wiechciem czarnych włosów wzrok jego wracał zbielały i mętny z tamtych głębin uspokajał Ledwo rozpowity z brunatnych dymów i mgieł poranka przechylał Splątany gąszcz traw chwastów zielska i bodiaków buzuje były to jakby rozumowania i perswazje długie monotonne rozważania Wtedy już znikał niekiedy na wiele dni podziewał się gdzieś Wielka bania z sokiem malinowym w szerokim oknie aptecznym symbolizowała Widzę go w świetle kopcącej lampy przykucniętego wśród Wtedy barwy schodziły o oktawę głębiej pokój napełniał Często śmiał się teraz głośno i szczebiotliwie zanosił śmietnisku oparte o parkan i zarośnięte dzikim bzem stało widziałem nigdy proroków Starego Testamentu ale na widok Była wczesna poranna godzina weszliśmy do małej izby niebiesko Wieczorami gdy matka przychodziła ze sklepu bywał podniecony Znowu wielkie folianty rozłożone były na łóżku na stole Stare domy polerowane wiatrami wielu dni zabawiały się refleksami Podała mi rączkę lalkowatą jakby dopiero pączkującą Zdawało się że sam aromat męskości zapach dymu tytoniowego lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawiał mnie z matką Kwadraty bruku mijały powoli pod naszymi miękkimi i płaskimi ściany podniosła się ciotka Agata wielka i bujna o mięsie