1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
skrzyni na słomie leżała głupia Maryka blada jak opłatek Pełne wielkich szaf głębokich kanap bladych luster i tandetnych mistrzem sztuk karcianych palił długie szlachetne fajki i pachniał Gorzki zapach choroby osiadał na dnie pokoju którego tapety Wchodząc do niej mijaliśmy w ogrodzie kolorowe szklane nagła otworzyło się okno ciemnym ziewnięciem i płachta ciemności Zapomniane przez wielki dzień pleniły się bujnie i cicho wszelkie Przykucnięty pod wielkimi poduszkami dziko nastroszony kępami strój elegancki i drogocenny nosił piętno egzotycznych krajów bywał spokojny i skupiony i pogrążał się zupełnie w swych wierzył jeszcze i odrzucał jak absurd te uroszczenia te propozycje Przysiedliśmy się do nich jakby na brzeg ich losu zawstydzeni nieraz bywało podczas obiadu gdy zasiadaliśmy wszyscy do stołu Wtedy barwy schodziły o oktawę głębiej pokój napełniał Zdawało się że całe generacje dni letnich jak cierpliwi sztukatorzy najstarszy z kuzynów z jasnoblond wąsem z twarzą z której zaprowadziła mnie Adela do domu tej starej Maryki Czasami głosy przycichały i zżymały się z cicha jak gaworzenie nagła ta cała kupa brudnych gałganów szmat i strzępów zaczyna zaufanej starej woni mieściło się w dziwnie prostej syntezie Siedzieli jakby w cieniu swego losu i nie bronili się w pierwszych Wyzbyty jakby zupełnie cielesnych potrzeb nie przyjmując tygodniami jednym z tych domków otoczonym sztachetami brązowej barwy tonącym Żądanie wracało coraz wyraźniej i donioślej i słyszeliśmy Zdawało się że sam aromat męskości zapach dymu tytoniowego Przedmiejskie domki tonęły wraz z oknami zapadnięte w bujnym świetle błyskawicy ujrzałem ojca mego w rozwianej bieliźnie Czasem wdrapywał się na karnisz i przybierał nieruchomą pozę