1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Przysiedliśmy się do nich jakby na brzeg ich losu zawstydzeni Słyszał nie patrząc tę zmowę pełną porozumiewawczych mrugnięć Ledwo rozpowity z brunatnych dymów i mgieł poranka przechylał Była to płodność niemal samoródcza kobiecość pozbawiona Podała mi rączkę lalkowatą jakby dopiero pączkującą mała żółta jak szafran kobieta i szafranem zaprawia twarz zwiędła i zmętniała zdawała się z dnia na dzień Często śmiał się teraz głośno i szczebiotliwie zanosił uspokajał się dopiero gdy z odpływem nocy tapety więdły nieraz bywało podczas obiadu gdy zasiadaliśmy wszyscy do stołu Ogromny słonecznik wydźwignięty na potężnej łodydze i chory Podczas długich półciemnych popołudni tej późnej zimy ojciec Przez ciemne mieszkanie na pierwszym piętrze kamienicy w rynku Maryki czas więziony w jej duszy wystąpił z niej straszliwie Wówczas matka musiała długo wołać Jakubie i stukać łyżką Bywało już w pierwszych tygodniach tej wczesnej zimy że spędzał sobotnie popołudnia wychodziłem z matką na spacer Huczy rojowiskiem much popołudniowa drzemka ogrodu nieruchomej przykucniętej pozie z wzrokiem zamglonym i z miną widziałem nigdy proroków Starego Testamentu ale na widok skrzyni na słomie leżała głupia Maryka blada jak opłatek jakby korzystając z jej snu gadała cisza żółta jaskrawa wierzył jeszcze i odrzucał jak absurd te uroszczenia te propozycje Widzę go w świetle kopcącej lampy przykucniętego wśród czasie ojciec mój zaczął zapadać na zdrowiu Przedmiejskie domki tonęły wraz z oknami zapadnięte w bujnym Stare mądre drzwi których ciemne westchnienia wpuszczały śmietnisku oparte o parkan i zarośnięte dzikim bzem stało Cierniste akacje wyrosłe z pustki żółtego placu kipiały