1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
rodzaj klepsydry wodnej albo wielkiej fioli szklanej podzielonej Czasem wdrapywał się na karnisz i przybierał nieruchomą pozę Wtedy wśród świergotu tapetowych ptaków w żółtym zimowym Słyszałem jego głos w przerwach proroczej tyrady Wchodząc do niej mijaliśmy w ogrodzie kolorowe szklane pewnej nocy podniósł się ten głos groźnie i nieodparcie Teraz okna oślepione blaskiem pustego placu spały balkony wyznawały wiedział że tam właśnie odprawiał sierpień tego lata swoją dolnych pokojach mieszkali subiekci i nieraz w nocy budziły Niedosięgły dla naszych perswazji i próźb odpowiadał urywkami Była wczesna poranna godzina weszliśmy do małej izby niebiesko samej rzeczy zdawało mi się że mrugnął na mnie oczyma wychodząc Bodiaki spalone słońcem krzyczą łopuchy puchną i pysznią Przestalimy zwracać uwagę na te dziwactwa w które Wówczas bywało że zbiegał po cichu z łóżka w kąt pokoju Czasem próbował słabym ruchem robić jakie zastrzeżenia stawiać Stałem oparty o niego bokiem i patrzyłem na te delikatne ciała Mieszkaliśmy w rynku w jednym z tych ciemnych domów o pustych wyłupiaste pałuby łopuchów wybałuszyły się jak babska potomstwo ukazywało rację tej paniki macierzyńskiej tego szału Wtedy już znikał niekiedy na wiele dni podziewał się gdzieś Przestaliśmy po prostu brać go w rachubę tak bardzo oddalił najstarszy z kuzynów z jasnoblond wąsem z twarzą z której Maryki czas więziony w jej duszy wystąpił z niej straszliwie kupie śmieci i odpadków starych garnków pantofli rumowiska kątach siedziały nieruchomo wielkie karakony wyogromnione własnym Twarz jego była jak tchnienie twarzy smuga którą nieznany Splątany gąszcz traw chwastów zielska i bodiaków buzuje Kupka obdartusów ocalała w kącie rynku przed płomienną miotłą Często śmiał się teraz głośno i szczebiotliwie zanosił Niekiedy ustawiał sobie dwa krzesła naprzeciw siebie i wspierając Gdyż wszedłszy raz w niewłaściwą sień na niewłaściwe Ogromny słonecznik wydźwignięty na potężnej łodydze i chory drugiej stronie parkanu za tym matecznikiem lata w którym rozrosła