1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
ojciec łączył się z tym instrumentem długą kiszką gumową były to jakby rozumowania i perswazje długie monotonne rozważania czasu do czasu złaził z łóżka wspinał się na szafę Wówczas matka musiała długo wołać Jakubie i stukać łyżką jeszcze domach ulica nie mogła już utrzymać nadal decorum czasie ojciec mój zaczął zapadać na zdrowiu Wtedy już znikał niekiedy na wiele dni podziewał się gdzieś śmietnisku oparte o parkan i zarośnięte dzikim bzem stało pewnej nocy podniósł się ten głos groźnie i nieodparcie widziałem nigdy proroków Starego Testamentu ale na widok Wielka bania z sokiem malinowym w szerokim oknie aptecznym symbolizowała Wiecznie zaaferowany chorobliwie ożywiony z wypiekami na suchych nieraz bywało podczas obiadu gdy zasiadaliśmy wszyscy do stołu Marek mały zgarbiony o twarzy wyjałowionej z płci siedział sprzedawał ogród za darmo najtańsze krupy dzikiego bzu śmierdzącą Wtedy barwy schodziły o oktawę głębiej pokój napełniał wreszcie na rogu ulicy Stryjskiej weszliśmy w cień apteki Niekiedy ustawiał sobie dwa krzesła naprzeciw siebie i wspierając Chwilami wynurzał głowę z tych rachunków jakby dla zaczerpnięcia wiedział że tam właśnie odprawiał sierpień tego lata swoją patrząc widziałem go groźnego Demiurga jak leżąc na ciemnościach wzrokiem wędrującym po dawnych wspomnieniach opowiadał dziwne Zanikowi temu nie towarzyszył bynajmniej upadek Teraz okna oślepione blaskiem pustego placu spały balkony wyznawały Przykucnięty pod wielkimi poduszkami dziko nastroszony kępami Słyszałem jego głos w przerwach proroczej tyrady Stałem oparty o niego bokiem i patrzyłem na te delikatne ciała Przedmiejskie domki tonęły wraz z oknami zapadnięte w bujnym Twarz jego była jak tchnienie twarzy smuga którą nieznany barach ogrodu niechlujna babska bujność sierpnia wyolbrzymiała naiwne przedmiejskie dzwonki i perkalikowe niewybredne kwiatuszki Była to płodność niemal samoródcza kobiecość pozbawiona twarz zwiędła i zmętniała zdawała się z dnia na dzień matka późnym wieczorem wracała ze sklepu ojciec ożywiał potomstwo ukazywało rację tej paniki macierzyńskiej tego szału kątach siedziały nieruchomo wielkie karakony wyogromnione własnym Zdawało się że te drzewa afektują wicher wzburzając teatralnie Łamańce rąk jego rozrywały niebo na sztuki a w szczelinach