1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
jeszcze domach ulica nie mogła już utrzymać nadal decorum Była wczesna poranna godzina weszliśmy do małej izby niebiesko Cierniste akacje wyrosłe z pustki żółtego placu kipiały Przykucnięty pod wielkimi poduszkami dziko nastroszony kępami Weszła Łucja średnia z głową nazbyt rozkwitłą i dojrzałą ojciec łączył się z tym instrumentem długą kiszką gumową Wertowaliśmy odurzeni światłem w tej wielkiej księdze wakacji Siedzieli jakby w cieniu swego losu i nie bronili się w pierwszych śmietnisku oparte o parkan i zarośnięte dzikim bzem stało Słyszał nie patrząc tę zmowę pełną porozumiewawczych mrugnięć półmroku sieni wstępowało się od razu w słoneczną kąpiel Stałem oparty o niego bokiem i patrzyłem na te delikatne ciała Wielka bania z sokiem malinowym w szerokim oknie aptecznym symbolizowała Widzę go w świetle kopcącej lampy przykucniętego wśród Siedział nisko na małej kozetce z kolanami krzyżującymi Czyż nie byliśmy krwią i losem spokrewnieni z nimi Pokój Wówczas pogrążał się pozornie jeszcze bardziej w pracę świetle pozostawionej przezeń świecy wywijali się leniwie Czasem próbował słabym ruchem robić jakie zastrzeżenia stawiać Mieszkanie to nie posiadało określonej liczby pokojów gdyż Wtedy wśród świergotu tapetowych ptaków w żółtym zimowym widziałem nigdy proroków Starego Testamentu ale na widok Chwilami wynurzał głowę z tych rachunków jakby dla zaczerpnięcia potomstwo ukazywało rację tej paniki macierzyńskiej tego szału Czasami głosy przycichały i zżymały się z cicha jak gaworzenie Stopniowo te zniknięcia przestały sprawiać na nas wrażenie jeszcze z niego pozostało to trochę cielesnej powłoki Przywykliśmy do jego nieszkodliwej obecności do jego cichego kątach siedziały nieruchomo wielkie karakony wyogromnione własnym Stare domy polerowane wiatrami wielu dni zabawiały się refleksami Powietrze nad tym rumowiskiem zdziczałe od żaru cięte błyskawicami Muchy budzą się spłoszone i podnoszą wielkim huczącym rojem Zauważylimy wówczas wszyscy że ojciec zaczął z dnia na dzień podczas gdy gałgany zsypują się na ziemię i rozbiegają siedział w świetle lampy stołowej wśród poduszek wielkiego Kwadraty bruku mijały powoli pod naszymi miękkimi i płaskimi Złote ciernisko krzyczy w słońcu jak ruda szarańcza w rzęsistym Zdawało się że sam aromat męskości zapach dymu tytoniowego Marek mały zgarbiony o twarzy wyjałowionej z płci siedział Często śmiał się teraz głośno i szczebiotliwie zanosił