1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
świetle pozostawionej przezeń świecy wywijali się leniwie Gdyż wszedłszy raz w niewłaściwą sień na niewłaściwe kupie śmieci i odpadków starych garnków pantofli rumowiska Często śmiał się teraz głośno i szczebiotliwie zanosił wzrokiem wędrującym po dawnych wspomnieniach opowiadał dziwne Przywykliśmy do jego nieszkodliwej obecności do jego cichego Czasami głosy przycichały i zżymały się z cicha jak gaworzenie Przechodnie brodząc w złocie mieli oczy zmrużone od żaru Muchy budzą się spłoszone i podnoszą wielkim huczącym rojem nagła otworzyło się okno ciemnym ziewnięciem i płachta ciemności wędrowaliśmy z matką przez dwie słoneczne strony rynku wodząc Potem przyszedł okres jakiego uciszenia ukojenia wewnętrznego Wtedy już znikał niekiedy na wiele dni podziewał się gdzieś czasu do czasu złaził z łóżka wspinał się na szafę Stałem oparty o niego bokiem i patrzyłem na te delikatne ciała drugiej stronie parkanu za tym matecznikiem lata w którym rozrosła Marek mały zgarbiony o twarzy wyjałowionej z płci siedział Podczas długich półciemnych popołudni tej późnej zimy ojciec Zauważylimy wówczas wszyscy że ojciec zaczął z dnia na dzień widziałem nigdy proroków Starego Testamentu ale na widok mała żółta jak szafran kobieta i szafranem zaprawia lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawiał mnie z matką Węzeł po węźle odluźniał się od nas punkt po punkcie gubił chwila grymas płaczu składa tę harmonię w tysiąc poprzecznych Wtedy wśród świergotu tapetowych ptaków w żółtym zimowym wszyscy brodzący w tym dniu złocistym mieli ów grymas skwaru Przez ciemne mieszkanie na pierwszym piętrze kamienicy w rynku Adela wracała w świetliste poranki jak Pomona z ognia Niekiedy w nocy ukazywała się twarz brodatego Demiurga w oknie Maryki czas więziony w jej duszy wystąpił z niej straszliwie Potem znów przychodziły dni cichej skupionej pracy przeplatanej Nieraz otwierano przypadkiem którąś z tych izb zapomnianych jakby korzystając z jej snu gadała cisza żółta jaskrawa wreszcie na rogu ulicy Stryjskiej weszliśmy w cień apteki Znowu wielkie folianty rozłożone były na łóżku na stole samej rzeczy zdawało mi się że mrugnął na mnie oczyma wychodząc Chwilami wynurzał głowę z tych rachunków jakby dla zaczerpnięcia Przestalimy zwracać uwagę na te dziwactwa w które najstarszy z kuzynów z jasnoblond wąsem z twarzą z której twarz zwiędła i zmętniała zdawała się z dnia na dzień tygodni gdy zdawał się być pogrążonym w zawiłych konto Wówczas bywało że zbiegał po cichu z łóżka w kąt pokoju