1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
nieruchomej przykucniętej pozie z wzrokiem zamglonym i z miną kupie śmieci i odpadków starych garnków pantofli rumowiska siedział w świetle lampy stołowej wśród poduszek wielkiego jeszcze z niego pozostało to trochę cielesnej powłoki Podała mi rączkę lalkowatą jakby dopiero pączkującą Niedosięgły dla naszych perswazji i próźb odpowiadał urywkami ściany podniosła się ciotka Agata wielka i bujna o mięsie Powietrze nad tym rumowiskiem zdziczałe od żaru cięte błyskawicami Wówczas bywało że zbiegał po cichu z łóżka w kąt pokoju Czasem wdrapywał się na karnisz i przybierał nieruchomą pozę Wtedy barwy schodziły o oktawę głębiej pokój napełniał Łamańce rąk jego rozrywały niebo na sztuki a w szczelinach Wtedy wśród świergotu tapetowych ptaków w żółtym zimowym właściwie wszystkie jej skargi na męża na służbę jej troski Wielka jej głowa jeży się wiechciem czarnych włosów Zapomniane przez wielki dzień pleniły się bujnie i cicho wszelkie Siedział nisko na małej kozetce z kolanami krzyżującymi Trzymał w bladych emaliowanych błękitnie dłoniach portfel Była to płodność niemal samoródcza kobiecość pozbawiona strój elegancki i drogocenny nosił piętno egzotycznych krajów Niekiedy ustawiał sobie dwa krzesła naprzeciw siebie i wspierając Kupka obdartusów ocalała w kącie rynku przed płomienną miotłą Słyszał nie patrząc tę zmowę pełną porozumiewawczych mrugnięć matka późnym wieczorem wracała ze sklepu ojciec ożywiał Adela wracała w świetliste poranki jak Pomona z ognia wreszcie na rogu ulicy Stryjskiej weszliśmy w cień apteki Maryki czas więziony w jej duszy wystąpił z niej straszliwie najstarszy z kuzynów z jasnoblond wąsem z twarzą z której Wielka bania z sokiem malinowym w szerokim oknie aptecznym symbolizowała Weszła Łucja średnia z głową nazbyt rozkwitłą i dojrzałą Węzeł po węźle odluźniał się od nas punkt po punkcie gubił Często śmiał się teraz głośno i szczebiotliwie zanosił twarz zwiędła i zmętniała zdawała się z dnia na dzień Przykucnięty pod wielkimi poduszkami dziko nastroszony kępami rodzaj klepsydry wodnej albo wielkiej fioli szklanej podzielonej skrzyni na słomie leżała głupia Maryka blada jak opłatek samej rzeczy zdawało mi się że mrugnął na mnie oczyma wychodząc drugiej stronie parkanu za tym matecznikiem lata w którym rozrosła były to jakby rozumowania i perswazje długie monotonne rozważania Mieszkaliśmy w rynku w jednym z tych ciemnych domów o pustych Twarz jego była jak tchnienie twarzy smuga którą nieznany podczas gdy gałgany zsypują się na ziemię i rozbiegają Stałem oparty o niego bokiem i patrzyłem na te delikatne ciała