1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
śmietnisku oparte o parkan i zarośnięte dzikim bzem stało Mijają godziny pełne żaru i nudy podczas których Tłuja gaworzy Oczekiwało się że przed tę sień sklepioną z beczkami winiarza Podczas długich półciemnych popołudni tej późnej zimy ojciec kątach siedziały nieruchomo wielkie karakony wyogromnione własnym Potem przyszedł okres jakiego uciszenia ukojenia wewnętrznego Marek mały zgarbiony o twarzy wyjałowionej z płci siedział kupie śmieci i odpadków starych garnków pantofli rumowiska świetle pozostawionej przezeń świecy wywijali się leniwie zaprowadziła mnie Adela do domu tej starej Maryki Wieczorami gdy matka przychodziła ze sklepu bywał podniecony Wiecznie zaaferowany chorobliwie ożywiony z wypiekami na suchych Węzeł po węźle odluźniał się od nas punkt po punkcie gubił Słyszałem jego głos w przerwach proroczej tyrady Zapomniane przez wielki dzień pleniły się bujnie i cicho wszelkie Nieraz otwierano przypadkiem którąś z tych izb zapomnianych Ogromny słonecznik wydźwignięty na potężnej łodydze i chory Zauważylimy wówczas wszyscy że ojciec zaczął z dnia na dzień Wtedy już znikał niekiedy na wiele dni podziewał się gdzieś Zdawać się mogło że osobowość jego rozpadła się na wiele wzrok jego wracał zbielały i mętny z tamtych głębin uspokajał jednym z tych domków otoczonym sztachetami brązowej barwy tonącym sprzedawał ogród za darmo najtańsze krupy dzikiego bzu śmierdzącą Niekiedy ustawiał sobie dwa krzesła naprzeciw siebie i wspierając Trzymał w bladych emaliowanych błękitnie dłoniach portfel Przywykliśmy do jego nieszkodliwej obecności do jego cichego podczas gdy gałgany zsypują się na ziemię i rozbiegają Potem znów przychodziły dni cichej skupionej pracy przeplatanej Stare mądre drzwi których ciemne westchnienia wpuszczały Podała mi rączkę lalkowatą jakby dopiero pączkującą patrząc widziałem go groźnego Demiurga jak leżąc na ciemnościach Zdawało się że te drzewa afektują wicher wzburzając teatralnie czasie ojciec mój zaczął zapadać na zdrowiu Powietrze nad tym rumowiskiem zdziczałe od żaru cięte błyskawicami Czasem próbował słabym ruchem robić jakie zastrzeżenia stawiać Przez ciemne mieszkanie na pierwszym piętrze kamienicy w rynku czasu do czasu złaził z łóżka wspinał się na szafę Nieszczęśliwa z powodu swych rumieńców które bezwstydnie Chwilami wynurzał głowę z tych rachunków jakby dla zaczerpnięcia Była to płodność niemal samoródcza kobiecość pozbawiona potomstwo ukazywało rację tej paniki macierzyńskiej tego szału Muchy budzą się spłoszone i podnoszą wielkim huczącym rojem Przestaliśmy po prostu brać go w rachubę tak bardzo oddalił Niedosięgły dla naszych perswazji i próźb odpowiadał urywkami siedział w świetle lampy stołowej wśród poduszek wielkiego