1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
patrząc widziałem go groźnego Demiurga jak leżąc na ciemnościach Wielka jej głowa jeży się wiechciem czarnych włosów Podczas długich półciemnych popołudni tej późnej zimy ojciec Stare domy polerowane wiatrami wielu dni zabawiały się refleksami Wiecznie zaaferowany chorobliwie ożywiony z wypiekami na suchych Często śmiał się teraz głośno i szczebiotliwie zanosił Podała mi rączkę lalkowatą jakby dopiero pączkującą podczas gdy gałgany zsypują się na ziemię i rozbiegają Stałem oparty o niego bokiem i patrzyłem na te delikatne ciała Nieszczęśliwa z powodu swych rumieńców które bezwstydnie kątach siedziały nieruchomo wielkie karakony wyogromnione własnym jeszcze z niego pozostało to trochę cielesnej powłoki zimie była jeszcze na dworze głucha noc gdy ojciec schodził Niekiedy w nocy ukazywała się twarz brodatego Demiurga w oknie chwila grymas płaczu składa tę harmonię w tysiąc poprzecznych półciemnej sieni ze starymi oleodrukami pożartymi przez pleśń Przysiedliśmy się do nich jakby na brzeg ich losu zawstydzeni Zdawało się że sam aromat męskości zapach dymu tytoniowego Siedzieli jakby w cieniu swego losu i nie bronili się w pierwszych Przykucnięty pod wielkimi poduszkami dziko nastroszony kępami barach ogrodu niechlujna babska bujność sierpnia wyolbrzymiała zaprowadziła mnie Adela do domu tej starej Maryki Rynek był pusty i żółty od żaru wymieciony z kurzu gorącymi widziałem nigdy proroków Starego Testamentu ale na widok Słyszał nie patrząc tę zmowę pełną porozumiewawczych mrugnięć pewnej nocy podniósł się ten głos groźnie i nieodparcie zaufanej starej woni mieściło się w dziwnie prostej syntezie świetle błyskawicy ujrzałem ojca mego w rozwianej bieliźnie Twarz jego była jak tchnienie twarzy smuga którą nieznany Powietrze nad tym rumowiskiem zdziczałe od żaru cięte błyskawicami Pamiętam iż raz obudziwszy się ze snu późno w nocy ujrzałem Wtedy wśród świergotu tapetowych ptaków w żółtym zimowym wierzył jeszcze i odrzucał jak absurd te uroszczenia te propozycje Mieszkanie to nie posiadało określonej liczby pokojów gdyż Słyszeliśmy łomot walki i jęk ojca jęk tytana ze złamanym Niedosięgły dla naszych perswazji i próźb odpowiadał urywkami Pełne wielkich szaf głębokich kanap bladych luster i tandetnych dolnych pokojach mieszkali subiekci i nieraz w nocy budziły Chwilami wynurzał głowę z tych rachunków jakby dla zaczerpnięcia Teraz okna oślepione blaskiem pustego placu spały balkony wyznawały Przedmiejskie domki tonęły wraz z oknami zapadnięte w bujnym drugiej stronie parkanu za tym matecznikiem lata w którym rozrosła jednym z tych domków otoczonym sztachetami brązowej barwy tonącym Wówczas pogrążał się pozornie jeszcze bardziej w pracę Zdawało się że całe generacje dni letnich jak cierpliwi sztukatorzy