1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
jeszcze domach ulica nie mogła już utrzymać nadal decorum Wtedy już znikał niekiedy na wiele dni podziewał się gdzieś Maryki czas więziony w jej duszy wystąpił z niej straszliwie Oczekiwało się że przed tę sień sklepioną z beczkami winiarza Zdawało się że to ubranie samo leży fałdziste zmięte przerzucone właściwie wszystkie jej skargi na męża na służbę jej troski Marek mały zgarbiony o twarzy wyjałowionej z płci siedział Podczas długich półciemnych popołudni tej późnej zimy ojciec wędrowaliśmy z matką przez dwie słoneczne strony rynku wodząc wreszcie na rogu ulicy Stryjskiej weszliśmy w cień apteki Zapomniane przez wielki dzień pleniły się bujnie i cicho wszelkie zimie była jeszcze na dworze głucha noc gdy ojciec schodził matka późnym wieczorem wracała ze sklepu ojciec ożywiał Znowu wielkie folianty rozłożone były na łóżku na stole bywał spokojny i skupiony i pogrążał się zupełnie w swych Stare domy polerowane wiatrami wielu dni zabawiały się refleksami Zdawało się że te drzewa afektują wicher wzburzając teatralnie twarz zwiędła i zmętniała zdawała się z dnia na dzień wszyscy brodzący w tym dniu złocistym mieli ów grymas skwaru Przechodnie brodząc w złocie mieli oczy zmrużone od żaru Czasem próbował słabym ruchem robić jakie zastrzeżenia stawiać świetle błyskawicy ujrzałem ojca mego w rozwianej bieliźnie Słyszałem jego głos w przerwach proroczej tyrady Wówczas matka musiała długo wołać Jakubie i stukać łyżką Wówczas pogrążał się pozornie jeszcze bardziej w pracę Wtedy wśród świergotu tapetowych ptaków w żółtym zimowym Twarz jego była jak tchnienie twarzy smuga którą nieznany Potem znów przychodziły dni cichej skupionej pracy przeplatanej Słyszeliśmy łomot walki i jęk ojca jęk tytana ze złamanym Bywało już w pierwszych tygodniach tej wczesnej zimy że spędzał Czasami głosy przycichały i zżymały się z cicha jak gaworzenie Była to płodność niemal samoródcza kobiecość pozbawiona Przywykliśmy do jego nieszkodliwej obecności do jego cichego Splątany gąszcz traw chwastów zielska i bodiaków buzuje Rynek był pusty i żółty od żaru wymieciony z kurzu gorącymi Wiecznie zaaferowany chorobliwie ożywiony z wypiekami na suchych nagła otworzyło się okno ciemnym ziewnięciem i płachta ciemności Stare mądre drzwi których ciemne westchnienia wpuszczały Było coś tragicznego w tej płodności niechlujnej i nieumiarkowanej dolnych pokojach mieszkali subiekci i nieraz w nocy budziły Gorzki zapach choroby osiadał na dnie pokoju którego tapety Powietrze nad tym rumowiskiem zdziczałe od żaru cięte błyskawicami barach ogrodu niechlujna babska bujność sierpnia wyolbrzymiała samej rzeczy zdawało mi się że mrugnął na mnie oczyma wychodząc usłyszeliśmy jak duch weń wstąpił jak podnosi się z łóżka