1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Znowu wielkie folianty rozłożone były na łóżku na stole Słyszał nie patrząc tę zmowę pełną porozumiewawczych mrugnięć podczas gdy gałgany zsypują się na ziemię i rozbiegają Huczy rojowiskiem much popołudniowa drzemka ogrodu Zdawało się że sam aromat męskości zapach dymu tytoniowego Przestalimy zwracać uwagę na te dziwactwa w które Potem znów przychodziły dni cichej skupionej pracy przeplatanej wierzył jeszcze i odrzucał jak absurd te uroszczenia te propozycje Wziął mnie między kolana i tasując przed mymi oczyma wprawnymi Rynek był pusty i żółty od żaru wymieciony z kurzu gorącymi mgły twarzy wyłoniło się z trudem wypukłe bielmo bladego uspokajał się dopiero gdy z odpływem nocy tapety więdły zasadniczy ton jej rozmów głos tego mięsa białego i płodnego Czyż nie byliśmy krwią i losem spokrewnieni z nimi Pokój Weszła Łucja średnia z głową nazbyt rozkwitłą i dojrzałą Stałem oparty o niego bokiem i patrzyłem na te delikatne ciała Kwadraty bruku mijały powoli pod naszymi miękkimi i płaskimi skrzyni na słomie leżała głupia Maryka blada jak opłatek Czasem wdrapywał się na karnisz i przybierał nieruchomą pozę Zdawało się że te drzewa afektują wicher wzburzając teatralnie samej rzeczy zdawało mi się że mrugnął na mnie oczyma wychodząc Niekiedy ustawiał sobie dwa krzesła naprzeciw siebie i wspierając patrząc widziałem go groźnego Demiurga jak leżąc na ciemnościach zaprowadziła mnie Adela do domu tej starej Maryki Przechodnie brodząc w złocie mieli oczy zmrużone od żaru nieraz bywało podczas obiadu gdy zasiadaliśmy wszyscy do stołu nieruchomej przykucniętej pozie z wzrokiem zamglonym i z miną Wtedy barwy schodziły o oktawę głębiej pokój napełniał nagła ta cała kupa brudnych gałganów szmat i strzępów zaczyna lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawiał mnie z matką jednym z tych domków otoczonym sztachetami brązowej barwy tonącym Mijają godziny pełne żaru i nudy podczas których Tłuja gaworzy jakby korzystając z jej snu gadała cisza żółta jaskrawa Niekiedy w nocy ukazywała się twarz brodatego Demiurga w oknie wzrokiem wędrującym po dawnych wspomnieniach opowiadał dziwne Adela wracała w świetliste poranki jak Pomona z ognia widziałem nigdy proroków Starego Testamentu ale na widok Wertowaliśmy odurzeni światłem w tej wielkiej księdze wakacji naiwne przedmiejskie dzwonki i perkalikowe niewybredne kwiatuszki potomstwo ukazywało rację tej paniki macierzyńskiej tego szału wreszcie na rogu ulicy Stryjskiej weszliśmy w cień apteki Wchodząc do niej mijaliśmy w ogrodzie kolorowe szklane zimie była jeszcze na dworze głucha noc gdy ojciec schodził Wówczas matka musiała długo wołać Jakubie i stukać łyżką Teraz okna oślepione blaskiem pustego placu spały balkony wyznawały parkanowi kożuch traw podnosi się wypukłym garbem pagórem rodzaj klepsydry wodnej albo wielkiej fioli szklanej podzielonej Podczas długich półciemnych popołudni tej późnej zimy ojciec Węzeł po węźle odluźniał się od nas punkt po punkcie gubił matka późnym wieczorem wracała ze sklepu ojciec ożywiał